Studia psychologiczne – nie minimalizuję

Jest problem na drodze do minimalizowania. Doszłam do wniosku, że muszę odpuścić, najwyżej się zagracę. Otóż…

Większość polecanych lektur jest dla mnie interesująca. Nie umiem ich nie mieć. Korzystam z naszej uczelnianej biblioteki, jest olśniewająca, ma self-checki, trzy piętra, pomocną obsługę i system online.  Kluczowe pozycje są dostępne, cud, miód, malina.

I kiedy już przejrzę książkę w domu, to właściwie przestaję korzystać z tej wypożyczonej. Dochodzę do wniosku, że jest tak interesująca, że przyda się przez całe studia. Nie dotyczy to oczywiście każdej książki, bo po co mi ileś książek z socjologii na własność do napisania  eseju o „Orange is the new black”? No nie ma potrzeby.

Ale już „Psychologia twórczości” albo „Wprowadzenie do psychologii”… Inna inszość.

To, co uznam za wartościowe, próbuję zdobyć na olx czy allegro. Nie lubię nie mieć.

Przestałam się kajać, chociaż powinnam wziąć pod uwagę, że po ostatnich moich studiach, kupowane niegdyś lektury, czytam do teraz… Inwestycja w książki nie jest już dobrą inwestycją.

Z pewnością wiele dobrych książek zostanie ze mną.

Mimo, że biblioteka dopuszcza skanowanie fragmentów, to nie umiem czytać online. Kserówki mnie przygnębiają, ale czasem są potrzebne. Trudno nosić na zajęcia tak ciężkie książki.

 

 

 

 

 

Reklamy

Czego uczę się od syna – cz. 3 – minimalizm

Po raz kolejny się nie popisałam. A to dlatego, że moje pomarańczowe miseczki Tupperware, idealne na sałatki do pracy, znikały mi z oczu.

Okazywało się zwykle, że nastolaty trzymają w nich słonecznik, tudzież łupinki.

Dlatego też idealnym rozwiązaniem wydało mi się kupienie specjalnych miseczek na przekąski. Tak, z Chin. Oczyma wyobraźni widziałam jak rozwiązuje to codzienny problem z miseczkami. Bo ułatwianie sobie życia to też moja metoda na robienie miejsca na rzeczy ważne. Miseczki na sałatki znikały mi notorycznie.

Kupiłam miseczki. Postawiłam nastolatom na blacie.

Katastrofa. Kubeł zimnej wody na łeb.

– Ale po co zastępować coś, co działało?

No tak. Zamiast wykorzystać na sałatki słoiczki, aż do wyeksploatowania miseczek, ja kupuję nowe. Nowe, plastikowe. Nie, nie sprawdzałam warunków pracy u producenta. Do tego mi jeszcze dalej.

Być może muszę uprościć swoje życie bardziej, bo w natłoku umyka mi najważniejsze.

No bo do cholery po co szukać aż w Chinach?

 

Studia psychologiczne – wersja slow

Doba się nie rozciąga. Choćbym nie wiem jak się starała, nie wycisnę więcej. No i wcale nie chcę. Chcę studiować w wersji slow.

To bardzo dobrze, że staram się żyć „slow”, właśnie teraz doceniam jak ważna jest równowaga w życiu, sen, lenistwo, zwykłe życie bez spiny, książka inna niż podręcznik.

Niezwykle ważne są wybory i pozbywanie się bezsensownych obciążeń, jeśli chce się mieć zasoby na realizację wartości, na pasję. Czasem trzeba mieć kasę a czasami tylko i aż czas. Czasami trochę przestrzeni. Bo gdzieś, za coś, w w czasie i przestrzeni, te pasje się realizują. Lepiej znaleźć dla nich miejsce niż żyć w poczuciu krzywdy, bo się zrezygnowało, poddało, nie spróbowało.

Studia psychologiczne wymagają pracy. Na stronach uczelni jest o tajemniczych punktach, które mają związek z nakładem pracy studenta. Ale temat ten mnie nie interesuje, bo przecież nie będę analizować jak to się bardzo napracowałam przy swojej pasji 🙂

Nie ukrywam, że codziennie właściwie coś robię. Nie umiem tak na pół gwizdka, więc biegam do biblioteki, robię notatki, czytam i uczę się pilnie. Ale ciągle mam na względzie to, by było wolniej, z głową, bez padania na pysk. Z dbaniem o siebie, o sen. Nie chciałabym też, by moje studia wpłynęły negatywnie na moje dzieci albo żeby nastolaty poczuły nadmiar luzu 😉

Nie powiem, biologia mnie niespecjalnie pociąga, mój mózg paruje od terminów. Ale staram się nie narzekać. Nie jestem zaskoczona ogromem pracy, którą trzeba wykonać. Spodziewałam się, przygotowałam, zapoznałam z literaturą.

Robota jest, ale przecież niedorzecznością byłoby, gdyby nie można było tego ogarnąć w jakiś rozsądny sposób. Chyba nikt nie zakłada, że przyszły psycholog żyły sobie wypruje?

Szukam plusów wszędzie 🙂  Może nawet napiszę na zaliczenie esej o Piper Kerman? Ostatnio oglądamy z mężem „Orange is the new black”, w więzieniu dzieje się sporo. Film oparto na książce „Dziewczyny z Danbury” a autorka tej książki rzeczywiście spędziła kilka miesięcy w więzieniu. Esej z socjologii mógłby być interesujący, nieprawdaż?

 

Zmęczenie kreatywnością i improwizacją

Zwykle refleksje na temat bylejakości i taką chęć na wyrzucanie wszystkiego mam w okolicach PMS. Nie mam PMS-a, ale naszła mnie refleksja. Być może wszystko dlatego, że nieźle wypadłam w teście kreatywności.

Kreatywność to takie rozwiązywanie problemów, które początkowo niestandardowe z czasem jest przyjmowane przez otoczenie za standard. Tak mniej więcej, z tego co pamiętam.

Otóż u mnie kreatywność wynikała zawsze z potrzeb i braków. Kasy zazwyczaj. Zatem w ciągu mojego życia wielokrotnie improwizowałam. Nie chodzi tylko o obiady typu „na winie”. Chodzi o sprawy grubsze, jak improwizowane półki z kartonów jak i jeszcze grubsze – bieganie po kodeksie cywilnym i szukanie rozwiązań spraw trudnych.

Po wielu latach takiej improwizacji nic dziwnego, że jestem zmęczona. To zawsze była kreatywność, żeby przeżyć. Teraz moim marzeniem jest mieć jak w pudełeczku. Niestety to idzie powoli. Nie chcę improwizować, chce mieć „z bani”. Poukładane, posortowane. By mieć więcej czasu na prawdziwe, wartościowe, cudowne życie.  Z sensem. Nie chce tracić czasu na improwizację. Chcę mieć to za sobą.

Zmęczenie bylejakością, wybieraniem, sprzątaniem jakoś się u mnie zbiega ze zmęczeniem kreatywnością. Dajcie żyć! Chcę mieć porządne rozwiązania i mnóstwo zaoszczędzonego czasu.

Jednocześnie uwielbiam, kiedy udaje się coś ocalić od zapomnienia. Odnowić.  przysposobić na nowo. Drewniane meble z olx, stół ze śmietnika, osmolone kinkiety wytaszczone z piwnicy. To ma sens.

 

Język angielski na studiach psychologicznych

Nie ma innej możliwości niż się odezwać! Trafiłam do grupy, która po angielsku mówi nieźle, więc naprawdę nie pozostaje nic innego niż się odezwać.  Nie lubię być w tyle, więc będę się starała z całych sił.

Właściwie jestem bardzo zadowolona, że tak się złożyło, że napisałam test dobrze i że nie można się przenieść do grupy niżej. Czasami nie ma wyboru jak skoczyć.

Pamiętam, że  na polonistyce trafiłam do grupy zaawansowanej  z języka łacińskiego a moja znajomość ograniczała się do „rosa pulchra est” i egzamin zdałam potem na pięć. Przez pierwszy rok studiów łaciny uczyłam się nocami. Wykułam wszystkie deklinacje, koniugacje i wyprzedziłam wielu. Podobny skok z angielskim dobrze mi zrobi, jestem tego pewna.

Same teksty, które teraz przerabiamy,  nie są trudne. Słownictwo można opanować.  Oczywiście to  mnie przeraża, że w książce od angielskiego, którą dopiero będziemy przerabiać, jest narysowany mózg i wszystko co z nim związane jest po angielsku.  Znaczy się tego będę się uczyć. Teraz póki co delikatnie wkraczamy w kwestię zaburzeń, da się przeżyć, wykuć. Ale za jakiś czas niechybnie przyjdzie mi uczyć się budowy mózgu po angielsku. Już szukam jakiegoś dobrego kursu na memrise.com. Niczego tak nie lubię jak się publicznie blamować 😉

Można powiedzieć, że jest  dobrze, tyle, że mój angielski  jest niepoukładany. Wielokrotne początki i foch na ten język. Do tego tu i tam coś wpadło do głowy i zostało, jakieś słówko albo idiom. Albo nawet jakiś wyjątek od reguły.

Od dwóch lat piosenki i filmy a niestety bywa, że podstawy gdzieś umknęły. Zaczynać od „I am” byłoby już nudne. Czasu na poukładanie od A do Z nie ma i teraz oto jestem w grupie najbardziej zaawansowanej a braki mam w podstawach a i wymowa leży (tak się kończy, kiedy się jedynie czyta i w głowie się rodzi złe wyobrażenie o wymowie, ciężko to odkręcić).

Można powiedzieć, że biorę udział w maratonie, chociaż nogi mi się plączą i nie przeszłam etapu raczkowania. Cóż. Nie pierwszy raz zaczynam od dupy strony. Bywało, że najpierw miałam film na DVD a potem odtwarzacz 😉

A może ktoś z czytających studiował psychologię i może mi zdradzić jak to z tym językiem na studiach jest? U nas idea jest taka: skończyć z poziomem b2+ i swobodnie czytać teksty branżowe.

 

Minimalistyczna biblioteczka

Książki to moje utrapienie. Naprawdę wielu książek się pozbyłam, porozdawałam, sprzedałam, postawiłam na boocrossingowej półce.  Ciągle zmagam się z oddaniem niektórych polonistycznych skarbów, choć dojrzałam do tego, by sprzedać książkę Swedenborga i wystawić na olx i allegro książki o Mickiewiczu.

W ramach czołgania samej siebie przeczytałam te książki, które kiedyś tak bardzo chciałam przeczytać, ale nie zrobiłam tego przez lata. A nawet dziesięciolecia, jak w przypadku „Dymów nad Birkenau”. Po prostu stały na półce. Teraz niektóre jeszcze stoją, ale za to… przeczytane. To postęp, bo przecież bywa, że się książki kupuje i nie czyta.

W pewnym sensie można byłoby uznać, że jest naprawdę OK. Że w zakresie biblioteczki jest progres. Ale nie jest.

Książek z psychologii siłą rzeczy przybywa. Kilka mam na czytniku, ale większość stoi na półce. Wolę korzystać z papierowych wersji, mimo że czytnik również ma możliwość zakreślania wybranych fragmentów. Po prostu te książki wertuję. Dodatkowo problem w tym, że książek – podręczników z psychologii- na czytnik po prostu nie ma.

Gromadzą się też książki o minimalizmie. Większość z nich to taki wyciąg z wszystkich innych ważnych dla mnie pozycji, np. Esencjalisty. Przewijają się te same koncepcje, nierzadko te same cytaty. Ale niestety nie umiem się oprzeć kolejnej książce o minimalizmie. Rzadko mnie jednak zaskakuje ujęcie tematu. Mam kilka swoich perełek, ale kolejne musiałyby mieć w sobie powiew świeżości albo stać się naprawdę tą jedyną ważną książką, by inne wydały się blade. By ta jedna zredukowała moją biblioteczkę o kilka innych.  By była taką kwintesencją wszystkiego.

Kupuję jednak nowości o minimalizmie, by je przeczytać i potem sprzedać. Dusza się wyrywa i wcale nie jest cierpliwa, by poczekać na egzemplarz z biblioteki. I tym sposobem między zakupem a sprzedażą gromadzą się dobra, których praktycznie nie potrzebuję. To naprawdę głupie próbować odgracić przestrzeń i jednocześnie kupować nowe książki o minimalizmie. Jakiś, powiedziałabym, absurd. Ale cóż – muszę, inaczej się uduszę 🙂

I tak to właśnie, po okresie czystek, okazuje się, że biblioteczka znów się rozrasta. Parapet w salonie i ulubiony stolik przy fotelu zalały książki o psychoterapii i z psychologii. Jest kilka nowości o autyzmie i Zespole Aspergera, ważne pozycje. No i ten minimalizm. Pocieszające jest to, że jest też kartonik z książkami do wydania 🙂

A jak u Was?  Gromadzi się?

Bo ja skłaniam się  ku podjęciu wyzwania: zero książek przez rok. Albo: trzy książki z domu, jedna do domu.

 

 

Styl prowokatywny w terapii i coachingu – Noni Hofner – recenzja książki

Lektura książki  Noni Hofner „Styl prowokatywny w terapii i coachingu” była dla mnie naprawdę inspirująca. Czasem odrobina humoru i dystans pomogłyby mi bardziej w codziennym życiu. Ale nie, ja muszę wszystko na poważnie… Okazuje się, że można wiele dobrego zdziałać opierając terapię na wbijaniu szpileczki tam, gdzie boli.  Na takim koleżeńskim, dobrotliwym przytyku.

Czytaj dalej