Archiwum kategorii: minimalizm

Czego uczę się od syna – cz. 3 – minimalizm

Po raz kolejny się nie popisałam. A to dlatego, że moje pomarańczowe miseczki Tupperware, idealne na sałatki do pracy, znikały mi z oczu.

Okazywało się zwykle, że nastolaty trzymają w nich słonecznik, tudzież łupinki.

Dlatego też idealnym rozwiązaniem wydało mi się kupienie specjalnych miseczek na przekąski. Tak, z Chin. Oczyma wyobraźni widziałam jak rozwiązuje to codzienny problem z miseczkami. Bo ułatwianie sobie życia to też moja metoda na robienie miejsca na rzeczy ważne. Miseczki na sałatki znikały mi notorycznie.

Kupiłam miseczki. Postawiłam nastolatom na blacie.

Katastrofa. Kubeł zimnej wody na łeb.

– Ale po co zastępować coś, co działało?

No tak. Zamiast wykorzystać na sałatki słoiczki, aż do wyeksploatowania miseczek, ja kupuję nowe. Nowe, plastikowe. Nie, nie sprawdzałam warunków pracy u producenta. Do tego mi jeszcze dalej.

Być może muszę uprościć swoje życie bardziej, bo w natłoku umyka mi najważniejsze.

No bo do cholery po co szukać aż w Chinach?

 

Reklamy

Minimalistyczna biblioteczka

Książki to moje utrapienie. Naprawdę wielu książek się pozbyłam, porozdawałam, sprzedałam, postawiłam na boocrossingowej półce.  Ciągle zmagam się z oddaniem niektórych polonistycznych skarbów, choć dojrzałam do tego, by sprzedać książkę Swedenborga i wystawić na olx i allegro książki o Mickiewiczu.

W ramach czołgania samej siebie przeczytałam te książki, które kiedyś tak bardzo chciałam przeczytać, ale nie zrobiłam tego przez lata. A nawet dziesięciolecia, jak w przypadku „Dymów nad Birkenau”. Po prostu stały na półce. Teraz niektóre jeszcze stoją, ale za to… przeczytane. To postęp, bo przecież bywa, że się książki kupuje i nie czyta.

W pewnym sensie można byłoby uznać, że jest naprawdę OK. Że w zakresie biblioteczki jest progres. Ale nie jest.

Książek z psychologii siłą rzeczy przybywa. Kilka mam na czytniku, ale większość stoi na półce. Wolę korzystać z papierowych wersji, mimo że czytnik również ma możliwość zakreślania wybranych fragmentów. Po prostu te książki wertuję. Dodatkowo problem w tym, że książek – podręczników z psychologii- na czytnik po prostu nie ma.

Gromadzą się też książki o minimalizmie. Większość z nich to taki wyciąg z wszystkich innych ważnych dla mnie pozycji, np. Esencjalisty. Przewijają się te same koncepcje, nierzadko te same cytaty. Ale niestety nie umiem się oprzeć kolejnej książce o minimalizmie. Rzadko mnie jednak zaskakuje ujęcie tematu. Mam kilka swoich perełek, ale kolejne musiałyby mieć w sobie powiew świeżości albo stać się naprawdę tą jedyną ważną książką, by inne wydały się blade. By ta jedna zredukowała moją biblioteczkę o kilka innych.  By była taką kwintesencją wszystkiego.

Kupuję jednak nowości o minimalizmie, by je przeczytać i potem sprzedać. Dusza się wyrywa i wcale nie jest cierpliwa, by poczekać na egzemplarz z biblioteki. I tym sposobem między zakupem a sprzedażą gromadzą się dobra, których praktycznie nie potrzebuję. To naprawdę głupie próbować odgracić przestrzeń i jednocześnie kupować nowe książki o minimalizmie. Jakiś, powiedziałabym, absurd. Ale cóż – muszę, inaczej się uduszę 🙂

I tak to właśnie, po okresie czystek, okazuje się, że biblioteczka znów się rozrasta. Parapet w salonie i ulubiony stolik przy fotelu zalały książki o psychoterapii i z psychologii. Jest kilka nowości o autyzmie i Zespole Aspergera, ważne pozycje. No i ten minimalizm. Pocieszające jest to, że jest też kartonik z książkami do wydania 🙂

A jak u Was?  Gromadzi się?

Bo ja skłaniam się  ku podjęciu wyzwania: zero książek przez rok. Albo: trzy książki z domu, jedna do domu.

 

 

Minimalizm w pokoju nastolatków – cz. 2

Uff, już prawie pokój chłopców skończony. Szafa złożona, brakuje jedynie małego regału na książki – jeszcze nie dojechał.

Po pozbyciu się kilku toreb ubrań oraz książek nie przewidywałam, że chłopcy coś jeszcze wyrzucą. W salonie jednak stało 5 plastikowych pojemników na zabawki  i cztery ozdobne kartony. Przyszedł czas na zajrzenie do nich i ostateczne decyzje, co dalej. Czy wszystkie rzeczy są zbędne? Czy nadają się do oddania komuś? Czy też moi chłopcy powiedzą: STOP, już dosyć tego minimalizowania. I tu mnie chłopcy zaskoczyli.

Czytaj dalej

Minimalizm w pokoju nastolatków

Remont czy odświeżanie pokoju to doskonała okazja do minimalizowania. Moi chłopcy od roku planowali zamienienie biurek na jeden długi blat, na którym mogliby postawić komputery. Mają jeden pokój, nie za duży, nadmiar rzeczy był odczuwalny. Nadmiar książek, zabawek, planszówek, przydasiów aż się prosił o szczyptę minimalizmu.  Sporo wszystkiego, przy czym nieużywane. Nic tylko minimalizować!

Na początek młodzieżowe książki. Tu jak zwykle największy problem mam ja. W biblioteczce chłopców stały spokojnie moje wszystkie Anie, Pollyanny, Emilki, Tomki. Cała Ożogowska, Bahdaj. Trochę Nienackiego, Tytus… Nie, nie mogę się jeszcze pozbyć. Ale kilka pozycji wybrałam do półki boocrossingowej. Gdy tylko skończy się Winobranie i półka wróci na swoje miejsce – szybko je tam zaniosę.  Nie mam siły na sprzedaż. Podjęcie decyzji i tak było dość wyczerpujące emocjonalnie. Nie ukrywam – sporo klasyki zostało.  Może za jakiś czas podejmę kolejną próbę minimalizowania. Może rozsmakuję się w pustych przestrzeniach 🙂

Chłopcy bez najmniejszego żalu odłożyli do oddania wszelkie encyklopedie obrazkowe. Komiksy ze Scoobym, Ben Ten-em. Jednogłośnie został cały Harry Potter i Tolkien. To ich czas. Mimo, że starszy przeczytał większość książek z mojej biblioteczki, jest pokoleniem Harry Pottera.

Można powiedzieć, że chłopcy maksymalnie zminimalizowali swój księgozbiór. Za to mi poszło nieco gorzej, jak zwykle, gdy o książki chodzi. W korytarzu czekają dwie olbrzymie torby. Myślę, że jest w nich około 40 książek.

Wiecie, co jest najgorsze w minimalizowaniu biblioteczki? Że zaczynamy dostrzegać jak wiele kasy dedykowaliśmy na książki, które zostały przeczytane raz. Ale są też takie , których się nie czyta. Do których się zagląda. Te wszystkie prezentowe encyklopedie z regału chłopców właściwie nie były przeglądane. To, co się przydało, to książki o eksperymentach naukowych, samolotach z origami, węzłach. Ale encyklopedie zwierząt, roślin, historyczne, geograficzne, pięknie wydane, idealne na prezent, w ogóle nie były wykorzystywane. Aż żal! Cóż minimalizm ma to do siebie, że obnaża takie paradoksy. Zastanowię się pięć razy zanim kupię prezent dla jakiegoś dzieciaka.  Myślę też o tej całej kasie utopionej w papierze. No cóż, przypuszczam, że chłopcy cieszyli się z prezentów, ale gdy euforia minęła, nie było potrzeby do nich zaglądać. Być może inne dziecko ucieszy się z prezentów 🙂

Planszówki. Gramy systematycznie w Osadników z Catanu, Carcasonne, Rumikuba. Dokupiliśmy Tajniaków. Wracamy do Szachów i scrable’i. Całe trzy półki zajmowały jednak różne inne gry i puzzle, już zupełnie niedostosowane do wieku.  Czas na segregację. I to taką bez litości.

Starszy ma Zespół Aspergera. Nie lubi zmian, więc dla niego rozbieranie starego biurka i wydobywanie (dosłownie) z niego różnych gratów, to spore wyzwanie. Tymczasem przy okazji minimalizowania tegoż biurka odkryliśmy nasze domowe szklane miski, które nie wiedzieć, gdzie się zagubiły. W biurku syna. Bo przy układaniu lego dobrze się sprawdzały przy segregowaniu klocków. Podobnie odnalazły się  pudełka do przechowywania żywności. Były w nich żaróweczki, diody, kabelki. Porządek i organizacja musi przecież  być. Odkryliśmy nierozpakowany prezent a także zestaw do filcowania.

Od wielu lat w biurku syna leżały buty. Za małe i podarte, ale miał do nich sentyment. Podejmowaliśmy próby wyrzucenia, ale systematycznie wracały ze śmietnika. Zdecydował się je wyrzucić. W pewnym sensie to duży krok. Wielki krok w minimalizowaniu.

Minimalizowanie zrobiło mi teraz w domu straszny bałagan. Torby posegregowane: do oddania, do zaniesienia do półki, do przejrzenia. Chłopcy wynieśli do śmietnika z cztery wielkie wory na śmieci.

Dawno tak się nie zmęczyłam minimalizując przestrzeń. A ciągle czuję, że mogłabym jeszcze coś oddać. Na przykład tę książkę o szyciu. Ale nadzieja umiera ostatnia a ja ciągle mam nadzieję, że się nauczę szyć. Nie wiem, czy z książki, to raczej taka obrazkowa motywacja, ale póki co jeszcze książki nie oddaję.

Do pokoju chłopców kupiliśmy dużą szafę w miejsce nieco mniejszej.  Pozbyliśmy się dwóch regałów i dwóch biurek. Dopiero jak poukładamy ubrania i graty w szafie, zobaczymy, ile tak naprawdę wyrzuciliśmy, ile przestrzeni zyskaliśmy.

 

Kwasek cytrynowy, zero waste i nienawiść do sprzątania

 

www.wysokajakosczycia.com

Tak, nienawidzę sprzątać. Mogę przestawiać, układać, znów przestawiać, obmyślać i dumać, co sobie zmienię, spakuję, przepakuję. A najchętniej, czego się pozbędę! Ale sprzątać? Nie, nie moja bajka. Nienawidzę rzeczy, które się lepią, bo coś się wylało i takich innych. Ale jest mi trochę lżej, gdy coś mi szybciej, sprawniej pójdzie i mogę się zająć czymś innym. Czytaj dalej