Archiwum kategorii: Moje historie

Zmęczenie kreatywnością i improwizacją

Zwykle refleksje na temat bylejakości i taką chęć na wyrzucanie wszystkiego mam w okolicach PMS. Nie mam PMS-a, ale naszła mnie refleksja. Być może wszystko dlatego, że nieźle wypadłam w teście kreatywności.

Kreatywność to takie rozwiązywanie problemów, które początkowo niestandardowe z czasem jest przyjmowane przez otoczenie za standard. Tak mniej więcej, z tego co pamiętam.

Otóż u mnie kreatywność wynikała zawsze z potrzeb i braków. Kasy zazwyczaj. Zatem w ciągu mojego życia wielokrotnie improwizowałam. Nie chodzi tylko o obiady typu „na winie”. Chodzi o sprawy grubsze, jak improwizowane półki z kartonów jak i jeszcze grubsze – bieganie po kodeksie cywilnym i szukanie rozwiązań spraw trudnych.

Po wielu latach takiej improwizacji nic dziwnego, że jestem zmęczona. To zawsze była kreatywność, żeby przeżyć. Teraz moim marzeniem jest mieć jak w pudełeczku. Niestety to idzie powoli. Nie chcę improwizować, chce mieć „z bani”. Poukładane, posortowane. By mieć więcej czasu na prawdziwe, wartościowe, cudowne życie.  Z sensem. Nie chce tracić czasu na improwizację. Chcę mieć to za sobą.

Zmęczenie bylejakością, wybieraniem, sprzątaniem jakoś się u mnie zbiega ze zmęczeniem kreatywnością. Dajcie żyć! Chcę mieć porządne rozwiązania i mnóstwo zaoszczędzonego czasu.

Jednocześnie uwielbiam, kiedy udaje się coś ocalić od zapomnienia. Odnowić.  przysposobić na nowo. Drewniane meble z olx, stół ze śmietnika, osmolone kinkiety wytaszczone z piwnicy. To ma sens.

 

Reklamy

Koncert Jamesa Blunta – sama w Berlinie

Pojechałam do Berlina na koncert Jamesa Blunta. Dlaczego sama i co z tego wyszło? Jak było?

Pojechałam na koncert sama. Już od dłuższego czasu staram się pokonywać własne obawy. Mogłabym ich wymyślić całe mnóstwo, z dojazdem na miejsce, terroryzmem i kwestią finansową włącznie. Ale nie – podjęłam wyzwanie. Bo…

Czytaj dalej

James Blunt w Berlinie! Jadę!

Lubię Jamesa Blunta. Nie lubiłam kiedyś, nie kojarzyłam w ogóle. A potem szukałam jakichś piosenek, które mogłabym sobie tłumaczyć w ramach nauki angielskiego i oto poznałam Jamesa Blunta.

Przetłumaczyłam większość piosenek, niektóre znam na pamięć. Inne przez chwilę znałam, ale zapomniałam i coś tam jedynie mogę pomruczeń pod nosem. W różnym nastroju będąc, słucham różnych jego utworów. Lubię zmienność podmiotu lirycznego, to taki niegrzeczny podmiot liryczny jest. Trochę zagubiony, kompletnie nie do ustatkowania. A w nowych tekstach  – wreszcie znalazł swoją miłość, ale niestety musi za to nieco „beknąć”. Wiem, wiem, nie wszystkie teksty są Blunta, ale lubię poutożsamiać sobie go z JB.

Lubię humor Blunta, nutę autoironii, chociaż nie powiem, w 2014 roku nie zaskarbił sobie przychylności Polaków. Dochodzę do wniosku, że Brytyjczycy to jednak dziwni są. Z tym humorem.

Postanowiłam sobie kiedyś, tuż po tym jak James Blunt ogłosił, że kończy karierę, że jeśli wróci na scenę- jadę. Nowy dom i żona, teraz dziecko. Nie oszukujmy się – powrót na scenę, to była jedynie kwestia czasu.

No i kupiłam bilet na koncert w Berlinie. Jadę sama, nie potrzebuję kompana. Obawiam się oczywiście tego jak dam radę w Berlinie. Czy z blablacarem się uda, czy dotrę do hotelu. Czy trafię do Areny i czy się w niej nie zgubię.

Ale jadę! Spełniam marzenia!

 

Czego uczę się od syna? Część II

Moi synowie nie przestają mnie zadziwiać. O tym, czego uczę się od starszego syna, możecie przeczytać w poście Zespół Aspergera – czego uczę się od syna. Teraz kolejna dawka refleksji.

Mój syn, ten starszy, to minimalista. Jeśli coś potrzebuje kupić, to znaczy, że naprawdę jest to mu niezbędne. Wtedy nie patrzy, by było tanio, ale by jakość była dobra. By dobry był stosunek ceny do jakości. Znam ludzi, którzy nie mogą się doczekać, by móc wybrać w abonamencie nowy telefon. Wybierają już na pół roku przed końcem umowy. Mój syn wiedział, kiedy kończy się umowa i kiedy będzie mógł zdecydować zarówno o abonamencie (lub nie) czy nowym telefonie. Nie uważał jednak, by nowy telefon miał mu w czymś pomóc. Tak minął koniec umowy a on teraz, po 4 miesiącach zdecydował się na zmianę zarówno abonamentu jak i telefonu. Nie rzucił się na niego od razu, bo miał zaplanowane inne zajęcia. A zajęcia są przecież ważniejsze.

Tak zmierzam do kolejnej rzeczy. Samodyscyplina. Ja się jej uczę, zmagam się ze sobą. Tymczasem mój starszy syn po prostu robi, co trzeba. Nie analizuje pogody na dworze czy drobnego kataru. Idzie na trening.

To kolejna sprawa. Podejmuje decyzje rozważnie i samodzielnie. Namawiany przez pół roku na jujitsu nie zdecydował się. W końcu uznał, że tak – samoobrona na zajęciach modułowych sprawia mu przyjemność, więc się zapisał. Chociaż już inni przestali mu to sugerować.

Podejmowanie wyzwań. Od mojego syna zdecydowanie powinnam się uczyć tej umiejętności. Podejmuje wyzwania nawet te, które wiążą się z różnymi sytuacjami społecznymi, co z pewnością nie jest łatwe. W zeszłym roku mój syn na weselu stał pod ścianą i mówił, że uczy się tańca poprzez obserwację. W tym roku zaczął tańczyć. To nie są oczywiste umiejętności  dla ludzi z Zespołem Aspergera.

On po prostu to robi. Mówi po angielsku. Nie rozkłada na czynniki pierwsze, czy rozmówca jest rodowitym Anglikiem czy nie. Nie popada w nadmyślenie. On zapytany odpowiada. Konwersuje. Nie rozczula się nad sobą. Jest jak taran. Też tak chcę.

A teraz o moim młodszym synu. Uczę się od niego samozaparcia. Kiedyś nie było łatwo – poddawał się przy byle okazji. Zmieniał pasje jak rękawiczki. Gdy się czegoś uczył i mu nie szło – olewał temat. Teraz dzień w dzień jeździ na rowerze. Deszcz, zawierucha, gradobicie. Nie odpuszcza.  To samozaparcie rozciąga się i na inne obszary.

Nie odpuszcza też marzeń. Od początków podstawówki marzył o dredach. Wymarzył. Zapuścił włosy. Człowiek czasem zbyt łatwo rezygnuje, nieprawdaż?

Nowinki. Mój młodszy syn nie boi się kulinarnych wyzwań. Czasem mnie na samą myśl o potrawie, jakimś składniku, odrzuca. On – próbuje. Bo przecież, żeby wiedzieć, że się czegoś nie lubi, trzeba tego spróbować. Co śmieszniejsze, powtarzam to starszemu – Zespół Aspergera nie lubi zmian. Ale sama… Sama się do tej zasady nie stosuję, gdy pojawia się na talerzu coś bardziej dla mnie egzotycznego.

A czy ty uczysz się czegoś od dzieciaków? Od swoich?

 

Minimalizm w pokoju nastolatków – cz. 2

Uff, już prawie pokój chłopców skończony. Szafa złożona, brakuje jedynie małego regału na książki – jeszcze nie dojechał.

Po pozbyciu się kilku toreb ubrań oraz książek nie przewidywałam, że chłopcy coś jeszcze wyrzucą. W salonie jednak stało 5 plastikowych pojemników na zabawki  i cztery ozdobne kartony. Przyszedł czas na zajrzenie do nich i ostateczne decyzje, co dalej. Czy wszystkie rzeczy są zbędne? Czy nadają się do oddania komuś? Czy też moi chłopcy powiedzą: STOP, już dosyć tego minimalizowania. I tu mnie chłopcy zaskoczyli.

Czytaj dalej

Zgubna siła nawyku

Jak działa nawyk wiadomo.Kiedy chcemy zmienić jakiś nawyk, musimy włożyć w zmianę sporo wysiłku. A i tak stary nawyk może się uruchomić w najmniej spodziewanym momencie. Stare nawyki biorą górę w sytuacjach stresowych, o czym przekonałam się dzisiaj po raz kolejny. Uruchomienie nawyku tam, gdzie nie powinien się uruchomić, może kosztować ludzkie życie.

Czytaj dalej

Minimalizm w pokoju nastolatków

Remont czy odświeżanie pokoju to doskonała okazja do minimalizowania. Moi chłopcy od roku planowali zamienienie biurek na jeden długi blat, na którym mogliby postawić komputery. Mają jeden pokój, nie za duży, nadmiar rzeczy był odczuwalny. Nadmiar książek, zabawek, planszówek, przydasiów aż się prosił o szczyptę minimalizmu.  Sporo wszystkiego, przy czym nieużywane. Nic tylko minimalizować!

Na początek młodzieżowe książki. Tu jak zwykle największy problem mam ja. W biblioteczce chłopców stały spokojnie moje wszystkie Anie, Pollyanny, Emilki, Tomki. Cała Ożogowska, Bahdaj. Trochę Nienackiego, Tytus… Nie, nie mogę się jeszcze pozbyć. Ale kilka pozycji wybrałam do półki boocrossingowej. Gdy tylko skończy się Winobranie i półka wróci na swoje miejsce – szybko je tam zaniosę.  Nie mam siły na sprzedaż. Podjęcie decyzji i tak było dość wyczerpujące emocjonalnie. Nie ukrywam – sporo klasyki zostało.  Może za jakiś czas podejmę kolejną próbę minimalizowania. Może rozsmakuję się w pustych przestrzeniach 🙂

Chłopcy bez najmniejszego żalu odłożyli do oddania wszelkie encyklopedie obrazkowe. Komiksy ze Scoobym, Ben Ten-em. Jednogłośnie został cały Harry Potter i Tolkien. To ich czas. Mimo, że starszy przeczytał większość książek z mojej biblioteczki, jest pokoleniem Harry Pottera.

Można powiedzieć, że chłopcy maksymalnie zminimalizowali swój księgozbiór. Za to mi poszło nieco gorzej, jak zwykle, gdy o książki chodzi. W korytarzu czekają dwie olbrzymie torby. Myślę, że jest w nich około 40 książek.

Wiecie, co jest najgorsze w minimalizowaniu biblioteczki? Że zaczynamy dostrzegać jak wiele kasy dedykowaliśmy na książki, które zostały przeczytane raz. Ale są też takie , których się nie czyta. Do których się zagląda. Te wszystkie prezentowe encyklopedie z regału chłopców właściwie nie były przeglądane. To, co się przydało, to książki o eksperymentach naukowych, samolotach z origami, węzłach. Ale encyklopedie zwierząt, roślin, historyczne, geograficzne, pięknie wydane, idealne na prezent, w ogóle nie były wykorzystywane. Aż żal! Cóż minimalizm ma to do siebie, że obnaża takie paradoksy. Zastanowię się pięć razy zanim kupię prezent dla jakiegoś dzieciaka.  Myślę też o tej całej kasie utopionej w papierze. No cóż, przypuszczam, że chłopcy cieszyli się z prezentów, ale gdy euforia minęła, nie było potrzeby do nich zaglądać. Być może inne dziecko ucieszy się z prezentów 🙂

Planszówki. Gramy systematycznie w Osadników z Catanu, Carcasonne, Rumikuba. Dokupiliśmy Tajniaków. Wracamy do Szachów i scrable’i. Całe trzy półki zajmowały jednak różne inne gry i puzzle, już zupełnie niedostosowane do wieku.  Czas na segregację. I to taką bez litości.

Starszy ma Zespół Aspergera. Nie lubi zmian, więc dla niego rozbieranie starego biurka i wydobywanie (dosłownie) z niego różnych gratów, to spore wyzwanie. Tymczasem przy okazji minimalizowania tegoż biurka odkryliśmy nasze domowe szklane miski, które nie wiedzieć, gdzie się zagubiły. W biurku syna. Bo przy układaniu lego dobrze się sprawdzały przy segregowaniu klocków. Podobnie odnalazły się  pudełka do przechowywania żywności. Były w nich żaróweczki, diody, kabelki. Porządek i organizacja musi przecież  być. Odkryliśmy nierozpakowany prezent a także zestaw do filcowania.

Od wielu lat w biurku syna leżały buty. Za małe i podarte, ale miał do nich sentyment. Podejmowaliśmy próby wyrzucenia, ale systematycznie wracały ze śmietnika. Zdecydował się je wyrzucić. W pewnym sensie to duży krok. Wielki krok w minimalizowaniu.

Minimalizowanie zrobiło mi teraz w domu straszny bałagan. Torby posegregowane: do oddania, do zaniesienia do półki, do przejrzenia. Chłopcy wynieśli do śmietnika z cztery wielkie wory na śmieci.

Dawno tak się nie zmęczyłam minimalizując przestrzeń. A ciągle czuję, że mogłabym jeszcze coś oddać. Na przykład tę książkę o szyciu. Ale nadzieja umiera ostatnia a ja ciągle mam nadzieję, że się nauczę szyć. Nie wiem, czy z książki, to raczej taka obrazkowa motywacja, ale póki co jeszcze książki nie oddaję.

Do pokoju chłopców kupiliśmy dużą szafę w miejsce nieco mniejszej.  Pozbyliśmy się dwóch regałów i dwóch biurek. Dopiero jak poukładamy ubrania i graty w szafie, zobaczymy, ile tak naprawdę wyrzuciliśmy, ile przestrzeni zyskaliśmy.